Kampania PiS pod hasłem „Wara od naszych dzieci”, którą rozpętał Jarosław Kaczyński, jest bardzo groźna. W Polsce żyją pary homoseksualne, które wychowują dzieci. Moja znajoma ze swoją partnerką zajmują się biologiczną córką jednej z nich i boją się atmosfery, która pewnie zagęści się po okrzyku prezesa. Bo jacyś sąsiedzi zaczną wyrzekać, że dzieje się u nich w domu „Sodoma z Gomorą”, w efekcie rozpęta się nagonka przeciw niej i jej partnerce.

Czy Jarosław Kaczyński zamierza odbierać im dzieci? Czy pomyślał o tych ludziach? O dzieciach, które wychowują się w takich domach i które przez jego kampanię mogą być stygmatyzowane? Czy weźmie na swoje sumienie przykrości, a nawet nieszczęścia, które mogą ich spotkać?

Każdy polityk zanim rozpocznie walenie cepem w przeciwnika politycznego, powinien się nad tym zastanowić. Wypowiedź wiceprezydenta Pawła Rabieja o tym, że warto ludzi przyzwyczajać do rozmaitych rozwiązań: najpierw do związków partnerskich, potem do małżeństw, a wreszcie prawa do adopcji – była politycznym błędem. Nie było to jednak ogłoszenie tajnego programu, jak usiłuje to nam wmówić PiS, ale luźne, prywatne refleksje Rabieja.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej