Tysiące młodych ludzi wyszło na ulice, protestując przeciwko bierności w sprawie zmian klimatu. Zaangażowanie trzeba docenić. To właśnie tacy ludzie - młodzi, pełni energii i entuzjazmu - zmieniają nasz świat. Na lepsze. Na lepsze, bo od bierności lepsze jest zaangażowanie. 

Ktoś zauważył, a inni podchwycili gorzkie pytanie: dlaczego tak wielu młodych ludzi nie wychodzi na ulice w obronie praworządności i państwa prawa, dlaczego sami takich protestów nie organizują? To, że walczą o czyste powietrze, jest zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest, że nie chce się im walczyć o demokrację. Tego zdziwienia nie należy utożsamiać z oskarżeniem o brak obywatelskiej aktywności. To raczej zatroskanie i otwarcie pola do przemyśleń i refleksji nad ogólnym, a jednak znaczącym pytaniem: czy i dlaczego młodych nie interesuje polityka? 

Manifestacje w obronie sądów nie były zdominowane przez młodych. Ale czy to oznacza, że jest im wszystko jedno i - posłużmy się wyświechtaną kalką - wolą Netflixa i sojowe latte? Nieprawda. Młodych ludzi widać na demonstracjach w sprawie klimatu, widać, gdy trzeba bronić wycinanych przez władzę lasów, protestują przeciwko degradacji Rospudy, przeciwko próbom narzucenia cenzury, blokują przemarsze narodowców. Organizują Manify, sprzeciwiają się dyskryminacji. Protestowali przeciwko reformie Gowina. Są tam, gdzie uważają, że powinni być, bo od tego zależy ich przyszłość. Są tam, gdzie widzą pełne zaangażowanie innych, niepodszyte koniunkturalizmem, i gdzie są pewni, że nie zostaną użyci do partyjnych celów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej