Mają rację związkowcy z „S” okupujący małopolskie kuratorium, gdy mówią: „To już nie jest protest regionalny”. Tak naprawdę stał się krajowy na długo przed tym, nim dołączyli związkowcy z innych miast. Strajk nie dotknie bowiem garstki nauczycieli i szkół, lecz tysięcy, o ile nie milionów uczniów. W samej Warszawie w placówkach, w których ZNP weszło w spór zbiorowy, uczy się ponad ćwierć miliona dzieci.

Wygląda na to, że z powagi sytuacji w końcu zaczęli sobie zdawać sprawę także rządzący. Choć pogardliwe czy absurdalne wypowiedzi ministrów Krzysztofa Szczerskiego („nie ma obowiązku celibatu”) lub Marka Suskiego („posłowie zarabiają niedużo więcej niż nauczyciele”) mogły temu przeczyć, to już działania minister Anny Zalewskiej pokazują, że grunt pod nogami polityków PiS się pali.

Dowodem jest zmiana rozporządzenia dotyczącego egzaminów końcowych. Teraz w komisjach zasiadać będą mogli również nauczyciele, którzy w danej szkole nie pracują. Właśnie rozpoczyna się wielka łapanka nauczycieli emerytów i ewentualnych łamistrajków, którzy mogliby przeprowadzić egzamin, jeśli rozpoczęty 8 kwietnia strajk generalny się przeciągnie. A problem nie jest marginalny – do szefowej MEN muszą docierać informacje o referendach strajkowych, które z części szkół przynoszą wieści, że strajkować zamierzają wszyscy. Nawet gdyby tak zdeterminowanych placówek było tylko kilkanaście czy kilkadziesiąt, będzie to dla rządzących kolosalny problem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej