Elementy referendum brexitowego w Wielkiej Brytanii od dawna wydawały się Amerykanom dziwnie znajome. W kampanii doszły do głosu urazy i wściekłość, a wynik rodził kontrowersje, bo rozkład głosów był bliski równowagi. Liczni bogacze posługiwali się hasłem „woli narodu”. Były kampanie skierowane do określonego targetu, była kradzież danych, były fałszywe konta społecznościowe. Dzisiaj jednak, kiedy już za kilka dni Wielka Brytania będzie musiała ponieść konsekwencje tamtego wyboru, opowieść o brexicie nagle wydaje się nam, Amerykanom, jeszcze bardziej znajoma: okazało się, że jeden z protagonistów ma znacznie bliższe biznesowe powiązania z Rosją, niż to wcześniej podejrzewano. Próbował też je ukrywać.

Tym protagonistą jest Arron Banks, najważniejszy założyciel zarówno Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii (United Kingdom Independence Party, UKIP), jak i ugrupowania Wyjdźmy z Unii Europejskiej (Leave.EU), jednej z kilku organizacji prowadzących kampanię na rzecz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Wobec stosunkowo niskich poziomów finansowania polityki brytyjskiej Banks, który przeznaczył na rzecz brexitu 11 mln dol. z własnych pieniędzy i zebrał na ten cel dodatkowo 5 mln dol., był darczyńcą niezwykle znaczącym. A oto szczególnie brytyjska część tej historii: dzięki intensywnemu korzystaniu przez Banksa z rajów podatkowych i podstawionych spółek, pochodzenie wszystkich tych pieniędzy nigdy nie było jasne. Jasne nie było nawet to, czy rzeczywiście należały do niego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej