„Piotr J., jedna z rzekomych ofiar ks. Jankowskiego, oskarżył o gwałt również polityka SLD. Prokuratura uznała go w 2006 roku za konfabulanta” – doniosła czwartkowa „Rzeczpospolita” w tekście „Kłopoty z wiarygodnością oskarżyciela…”. Dezawuowanie ofiar pedofilów to standard. Proces wygląda tak: dziecko już w podstawówce ma problemy – najczęściej rodzinne. Zostaje wyłowione i wykorzystane przez dewianta. Problemy się pogłębiają. Narkotyki, złe związki, przestępstwa. Gdy ofiara po latach składa zeznania, jest wrakiem. Myli daty i szczegóły. A zatem: może myli osoby?

Co wiemy na pewno?

W styczniu 1997 r. Piotrek, ministrant w wiejskim kościele, miał niespełna 14 lat. Zagrożony dwóją na semestr uciekł od ojca przemocowca. Gdy tułał się głodny w okolicy dworca PKP w Gdańsku, inny włóczykij wskazał mu park koło Żaka, gdzie „można zarobić”. Zaczepił go prałat Jankowski. Potem – wedle zeznań 21-letniego Piotra – ksiądz upił go i zgwałcił. Rano proboszcz św. Brygidy dał mu 1 tys. zł. Chłopak kupił ciuchy i papierosy, wrócił na wieś, w wakacje znów uciekł. Pojechał do Warszawy, zaczął się prostytuować. Do Gdańska – i prałata – wrócił przed Gwiazdką 1997. Ksiądz miał już innego chłopaka, ale dał pieniądze na odczepnego. Piotr został złapany na kradzieży i wysłany do poprawczaka. Zaliczył próbę samobójczą. Potem był psychiatryk. W lecznicy się okaleczał, połykał gwoździe, ostatecznie go wyrzucono. Znów poprawczak, gdzie nieskutecznie powiesił się na sznurowadle. Powrót na oddział zamknięty szpitala. Cięcie nadgarstków żyletką, ucieczka. Krążył po Polsce, sypiał na klatkach schodowych, kradł.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej