Andrzej Zybertowicz walnął podłą głupotę. Powiedzieć, że „podczas obrad Okrągłego Stołu władza podzieliła się władzą z własnymi agentami”, to dla wykształconego człowieka z naszego pokolenia moralnie i intelektualnie kompromitująca wtopa. Zaśmiecanie debaty takimi bredniami nie może być bezkarne. Tolerowanie ich sprzyja kulturze kłamstwa, paplania i fałszywego obrazu rzeczywistości prowadzącego bezradnych odbiorców do podejmowania fałszywych decyzji. Kłamstwu trzeba stawiać tamę. Ale…

Ale jestem po stronie żony Zybertowicza, która pisemnie prosi Adama Bodnara o pomoc w obliczu żądań, jakie wobec jej męża wysunęło kilkudziesięciu godnych szacunku opozycyjnych uczestników Okrągłego Stołu, którzy słusznie poczuli się poniżeni.

Domaganie się, by Zybertowicz umieścił płatne przeprosiny w czterech ogólnopolskich dziennikach i by dodatkowo wpłacił 50 tys., bardzo mi nie pasuje do ludzi, którzy dużo poświęcili i ryzykowali dla naszej wolności, w tym wolności słowa. Podobnie jak bardzo mi nie pasuje do obozu wolnościowego i demokratycznego coraz popularniejsze posługiwanie się patologicznym art. 212 kodeksu karnego, który grozi więzieniem za kłamliwe, poniżające słowa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej