To zaczyna już być środkowoeuropejska specjalność: państwo toczy zażarty bój w unijnych instytucjach, by jego obywatel nie został powołany na ważne stanowisko w UE. Drogę przetarła dwa lata temu Polska heroiczną na miarę szarży pod Somosierrą próbą obrony Europy przed reelekcją Donalda Tuska. Teraz zaś Rumunia dokłada wszelkich starań, by Laura Corduta Kövesi, była prokurator generalna i była szefowa rumuńskiego CBA, nie została powołana na nowo utworzone stanowisko europejskiego prokuratora generalnego.

Panią Kövesi poparły właśnie dwie komisje parlamentu europejskiego, ale w Radzie UE Rumunia głosowała za jej najpoważniejszym rywalem do stanowiska – Jeanem-François Bohnertem. Bukareszt nie może jej wybaczyć kampanii przeciwko korupcji rządzącej partii socjaldemokratycznej – to przez nią jej przywódca Liviu Dragnea nie może zostać premierem, bo udowodniła mu udział w oszustwie wyborczym. To przez nią jeden były premier, Adrian Nastase, wylądował za kratkami na cztery lata, a drugi, Victor Ponta, ma sprawę o oszustwa podatkowe i pranie pieniędzy – a przecież to on ją, niewdzięcznicę, mianował. Pomniejszych ministrów, prezesów i tak dalej, wysłanych przez Kövesi za kratki w tym czwartym pod względem korupcji według Transparency International kraju UE (po Węgrzech, Grecji i Bułgarii), trudno nawet zliczyć. Trudno się też dziwić, że minister sprawiedliwości Tudorel Toader w końcu ją zwolnił rok temu ze stanowiska, a teraz przyjechał do Brukseli, by lobbować przeciw jej kandydaturze.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej