Szef PiS mówił o wolności i równości, o tym, że „są tacy, którzy chcą nam odebrać wolność słowa, wolność poglądów, nawet wolność sumienia. Co brzmiało jak żywcem wyjęte z demonstracji przeciw autorytarnym zapędom partii Kaczyńskiego.

Również stwierdzenia, że trzeba bronić tego wszystkiego, „co jest naszym prawem, co wynika z polskiej tradycji, z polskiej kultury, ale także z tej cywilizacji”, nieraz słyszałem podczas protestów.

Oczywiście, Kaczyński nie nawrócił się na wartości, jakie przywoływał, chce tylko zdjąć je ze sztandarów opozycji od KO do Wiosny. I stając się nowym heroldem wolności, równości, godności obywatelskiej, sprawić, by straciły one opozycyjną i demokratyczną siłę.

To stara populistyczna sztuczka: przejąć wartości przeciwnika i tak je zamącić, by przestały cokolwiek znaczyć.

Kaczyński nie poszedł w obelgi pod adresem przeciwników, chciał sprawić wrażenie stanowczego, lecz dobrotliwego wujaszka. Pojął, że podtrzymywanie polityki agresji jest dla PiS groźne w wyborach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej