Kampania Koalicji Europejskiej ma się opierać na bardzo mocnym przesłaniu, które nie sprowadza się do straszenia polexitem. Pomysł polega na tym, aby wyścigowi do Parlamentu Europejskiego nadać rangę niemal referendum akcesyjnego z 2003 roku, w którym Polacy opowiedzieli się za wejściem do Unii Europejskiej. I połączyć to z przesłaniem 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku, w którym obywatele odrzucili PRL, wybrali demokrację i marsz w stronę UE i NATO. Jednemu z moich rozmówców marzyły się nawet zdjęcia podobne do fotografii solidarnościowych kandydatów z Lechem Wałęsą w 1989 roku, tyle że tym razem z Donaldem Tuskiem. Plan raczej nierealny ze względu na pełnioną przez Tuska funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej.

Ratujmy nie tylko Polskę, ale i całą Unię Europejską

Strategia opozycji ma zmobilizować ludzi do udziału w wyborach, bo faktycznie są one szczególne. Prezes PiS Jarosław Kaczyński zdecydował się na wojnę z Brukselą oraz na sojusz lub przynajmniej przyjazne relacje z siłami antyeuropejskimi, takimi jak formacje Marine Le Pen, Viktora Orbána czy Matteo Salviniego. Te ugrupowania sympatyzują z Władimirem Putinem i chcą rozmontować Unię od środka. Gra – będzie przekonywać opozycja – nie toczy się tylko o Polskę, toczy się o Europę: na ile siły antyeuropejskie, prorosyjskie i populistyczne zdobędą w niej silną pozycję i czy będą dyktować warunki pozostałym formacjom. Ta wizja może sprawić, że szczególnie elektorat miejski ruszy do urn. Opozycja zamierza to wzmocnić przekazem: jeśli będziemy silni w europarlamencie i wygramy potem wybory parlamentarne, będziemy mieć większe szanse na renegocjacje w sprawie budżetu unijnego na przyszłe lata, tak aby te rozwiązania były bardzie korzystne dla Polski. I mamy na to o wiele większe szanse niż PiS, który z Europą jest skłócony.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej