Monachium. Nawet w hotelu bezpiecznym i ufortyfikowanym, którego strzegą skanery przy wejściu i snajperzy na dachu, wiceprezydentowi USA Mike’owi Pence’owi towarzyszył w podróży duży oddział ochrony. Jak się wydaje, głównym zadaniem tego oddziału było torowanie drogi wiceprezydentowi i jego nieuśmiechającej się małżonce, żeby mogli przejść przez hol zapełniony urzędnikami i wysokimi oficerami, nie rozmawiając z nikim. Pence zmierzał w sobotę 16 lutego do głównej sali posiedzeń Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa – dorocznego wydarzenia, którego korzenie sięgają odległych lat zimnej wojny – aby wygłosić stwierdzenia tak fałszywie brzmiące, a szczerze mówiąc tak dziwne, że nie mogły być przeznaczone dla słuchaczy, którzy zgromadzili się w tej sali.

Po części problemem Pence’a był nowy kontekst polityczny, w jakim wygłaszał przemówienie. Przed dwoma laty, kiedy przemawiał na tym samym forum, wielu ludzi w Europie wciąż jeszcze liczyło na współpracę z administracją Trumpa. Ówczesne wystąpienie Pence’a było banalne i bezbarwne – było ono, jak wówczas napisałam, „całkowicie konwencjonalnym powtórzeniem amerykańskiego zaangażowania w Europę”– ale Europejczykom tak dużą ulgę sprawiło jego wysłuchanie, że w sumie postanowili uwierzyć w słowa wiceprezydenta. Teraz już nie wierzą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej