Saudyjski następca tronu, książę Muhammad ibn Salman, podpisał wczoraj w Islamabadzie umowy inwestycyjne na 20 mld dol. i dostał w zamian od pakistańskiego senatu karabinek automatyczny pokryty złotem. Wiadomość nie byłaby szczególnie ważna, gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze, Islamabad – a także New Delhi i Pekin, do których z Pakistanu podążył – to nieliczne dość stolice, w których książę, zleceniodawca morderstwa Jamala Khashoggiego, może czuć się mile witanym gościem.

Po drugie zaś, i znacznie ważniejsze, wizyta nastąpiła zaledwie tydzień po krwawym zamachu pod Zahedanem w irańskim Baludżystanie, w którym zginęło 27 żołnierzy Gwardii Rewolucyjnej. Zamach ten na moment zwrócił uwagę polskiej opinii publicznej, bo Teheran oświadczył, że „to nie przypadek, że doszło doń w dniu otwarcia warszawskiego cyrku”; mowa była oczywiście o bliskowschodniej konferencji pokojowej. Zainteresowanie jednak opadło, gdy okazało się, że Irańczycy nie oskarżają ani Warszawy, ani nawet Waszyngtonu, ale saudyjskich sponsorów terrorystycznego ugrupowania Dżaisz al-Adl, które przyznało się do zamachu, oraz udzielający mu schronienia Pakistan. Potem zresztą i sama konferencja została zapomniana, bo przesłonił ją kryzys polsko-izraelski. Na Pakistan jak zwykle nikt już nie zwracał uwagi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej