Jeśli przyjrzeć się pomnikom, które powstawały w Polsce w ostatnich 30 latach, widać charakterystyczny prawicowy zwrot: z zaangażowaniem obalaliśmy pomniki komunistów i zastępowaliśmy ich papieżami, księżmi, Dmowskimi, "żołnierzami wyklętymi", małymi powstańcami, a ostatnio również Lechem Kaczyńskim i Smoleńskiem. III RP nie doczekała się pomnika opozycjonistek, na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości nigdzie nie stanęło popiersie Róży Luksemburg, jednej z matek nowoczesnej państwowości, a pomnik noblistki Marii Skłodowskiej-Curie stoi w krzakach na warszawskiej Ochocie. Nie wspominam nawet o upamiętnieniu ofiar antygejowskiej akcji „Hiacynt” z 1986 roku czy o pomniku przypominającym zniesienie pańszczyzny. Nawet nie próbuję myśleć o pomniku ofiar księży pedofilów.

Na wyparte daty i postaci reagowała sztuka współczesna. To przecież legendarna „Palma” Joanny Rajkowskiej z ronda de Gaulle'a w Warszawie upominała się o Żydów z przedwojennej, wielokulturowej stolicy. To Daniel Rycharski jako pierwszy zbudował Pomnik Chłopa, a także bramę na cześć zniesienia niewolnictwa w XIX wieku. Znienawidzona przez narodową prawicę „Tęcza” Julity Wójcik przywracała równowagę w przestrzeni publicznej – okazało się, że obok siebie na placu Zbawiciela mogą stać gejowska tęcza i kościół.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej