Jarosław Kaczyński przez dwa tygodnie szukał sposobu na zażegnanie wizerunkowego kryzysu, który przy okazji publikacji taśm Kaczyńskiego dotknął nie tylko rządzącą partię (co ostatnio częste), ale przede wszystkim samego prezesa PiS. Szukał, szukał i niestety nic sensownego nie wymyślił. By jednak nie zostać bezczynnym i zrobić cokolwiek, zdecydował o złożeniu do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zniesławienia przez dziennikarzy „Wyborczej”. Kaczyński oczekuje, że rządowa prokuratura wybroni go z medialnej opresji. I domaga się, aby w sprawie typowo prywatnoskargowej śledczy uznali istnienie interesu społecznego. Zrobiło się zatem i śmieszno, i straszno.

Śmieszno, bo sięganie przez polityka po tego typu karne środki „reedukacji” dziennikarzy trwale go kompromituje. Śmieszno, bo być może Jarosław Kaczyński uwierzył, że faktycznie jest „komendantem” i „naczelnikiem”, a zatem przysługuje mu szczególna ochrona niczym koronowanej głowie państwa. Kaczyński postanowił, że nie będzie sobie zaprzątał głowy prywatnym procesem i wydawał prywatnych (partyjnych) pieniędzy na dochodzenie swoich praw. Ma się tym zająć prokuratura, która za pieniądze podatników przeprowadzi odpowiednie śledztwo, zatrzyma o godz. 6 rano dziennikarzy w obiektywach kamer rządowej telewizji, przeszuka redakcję, a w finale zażąda aktem oskarżenia kar więzienia dla tych, którzy nie rozumieją, że krytyka komendanta jest w państwie PiS zakazana.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej