Dlatego też nieformalny przywódca ruchu ulicznego, aktor Sergej Trifunović, wezwał w niedzielę do udziału w manifestacjach wszystkich niezależnie od poglądów. „Jest całkowicie nieważne – stwierdził – czy ktoś ma w domu portret Dmitrije Ljoticia, czy Josipa Broza-Tity”. „Czy uważa pan, że byłoby »nieważne«, czy w niemieckim domu jest zdjęcie Willy’ego Brandta, czy Adolfa Hitlera?” – odpowiedziała mu nazajutrz maleńka serbska gmina żydowska. I rozpętało się piekło.

Broz-Tito, jak wszyscy chyba jeszcze pamiętamy, był przywódcą komunistycznych partyzantów, którzy pod koniec II wojny światowej wyzwolili większość terytorium Jugosławii spod niemieckiej okupacji, a zarazem toczyli bratobójczą wojnę z również antyniemieckimi czetnikami – serbskimi nacjonalistami, i ustaszami – chorwackimi faszystami. W wojnie tej wszyscy popełniali krwawe zbrodnie, ale tylko ustasze sprzymierzyli się z III Rzeszą i wzięli udział w ludobójstwie. No nie – nie wszyscy. Założona przez Ljoticia w latach 30. faszystowska partia Zbor, finansowana i sterowana z Berlina, była serbskim odpowiednikiem ustaszy. Wsparła marionetkowy rząd utworzony przez niemieckich okupantów, jej bojówki mordowały politycznych przeciwników i przeznaczonych na zagładę Romów. I partyzanci, i czetnicy wydali na Ljoticia wyrok śmierci za zdradę – choć pod koniec wojny czetnicy sprzymierzyli się z nim w rozpaczliwej próbie i powstrzymania partyzantów, i wyrżnięcia ustaszy. Taka, mutatis mutandis, serbska Brygada Świętokrzyska.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej