Mogą iść do wyborów samodzielnie i czekać, kto zaoferuje więcej. Mogą dogadać się wyłącznie z PO albo stanąć na czele małych ugrupowań opozycyjnych i negocjować ze Schetyną. Wymarzona sytuacja. Tym bardziej że Wiosna Biedronia nie zabiera wyborców PSL-owi, ale Platformie i SLD już tak.

Lider ludowców cieszy się zaufaniem społecznym, spora grupa Polaków widziałaby go na stanowisku premiera, gdyby opozycja przejęła władzę. Szef PSL na to zaufanie zapracował, stając po stronie demokracji i konstytucyjnych wartości, ale też zachowując spokój, walcząc o polityczną autonomię. Jednak w jego partii zapał do tworzenia wspólnego bloku opozycyjnego przyjmowany jest, powiedzmy, umiarkowanie. Niektórzy mówią wprost, że ludowcy powinni iść do wyborów samodzielnie, zostawiając sobie otwarte drzwi do ewentualnych koalicji.

Mimo totalnego ataku ze strony władzy PSL ocalał po wyborach samorządowych. A dziś Beata Mazurek już nie nawołuje do wyeliminowania PSL-u z życia publicznego, w telewizji narodowej goszczą ludowcy i nikt z nich nie szydzi. Jeśli PiS po wyborach parlamentarnych będzie miał kłopot ze znalezieniem koalicjanta do rządzenia, może zerknąć w stronę ludowców.W przestrzeni publicznej wciąż pokutuje mit o PSL jako partii obrotowej, która dogada się z każdym za wyborcze łupy. Biorąc pod uwagę ostatnie lata, mit całkowicie fałszywy. PSL nie wszedł w żadną koalicję z PiS-em, choć kuszono ich mocno.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej