Gdy w 2005 r. publicysta Bronisław Wildstein wyniósł z IPN inwentarz z nazwiskami funkcjonariuszy, agentów i kandydatów na agentów, Jarosław Kaczyński wychwalał go w Sejmie pod niebiosa. Wyniesienie katalogu (nazwanego „listą Wildsteina) określał jako „czyn”.

Mówił: „czyn Bronisława Wildsteina należy widzieć w perspektywie owego moralnego wzmożenia owej – daj, Boże – moralnej rewolucji”.

Dziś ta rewolucja dopadła samego prezesa i jego partię. Inwentarz, który wkrótce stał się jawnym i ogólnodostępnym dokumentem państwowym, uderzył w samo jądro PiS. Z zapisów katalogu wynika, że agentem komunistycznej bezpieki był Kazimierz Kujda, jeden z najbliższych ludzi prezesa partii rządzącej, przez kilkanaście lat szef związanej z PiS spółki Srebrna.

O finansach i tajemnicach partii Kujda wie prawie wszystko.

Do zawartości teczek SB trzeba podchodzić ostrożnie. Ale dla partii Kaczyńskiego już samo tylko piętno „agenta” zawsze wystarczało. Zwłaszcza gdy chodziło o politycznych przeciwników.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej