Moskwa podała w środę, że może dojść do spotkania premiera Armenii z prezydentem Azerbejdżanu. To wiadomość potencjalnie sensacyjna: od czasu krwawego konfliktu na początku lat 90. o zamieszkany przez Ormian azerski Karabach oba kraje pozostają w stanie wojny, a ich przywódcy spotkali się tylko raz, na nieudanym szczycie w Kazaniu w 2011 r. Rosja, która pozostaje najważniejszym mediatorem między Baku a Erywaniem, nie może sobie pozwolić na kolejne fiasko – to, że wiadomość podał wiceszef MSZ, a więc urzędnik stosunkowo niskiej rangi, dowodzi ostrożności. Ale odkąd wybory w Armenii wygrał Nikol Paszinian, przywódca obywatelskiej antykorupcyjnej rewolucji, która zmiotła stare armeńskie elity, na Kaukazie zaczęła się powolna odwilż. Najpierw nowy premier wyraził gotowość do rozmów z Baku bez warunków wstępnych, a potem szefowie MSZ zgodzili się – po rozmowach w Paryżu – że istnieje „konieczność podjęcia konkretnych środków, by przygotować ludność [obu krajów] do pokoju”; trudno jednak nie zauważyć niepokoju, jaki z tych słów przebija. Spotkanie na szczycie, do którego może dojść przy okazji Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w lutym, byłoby przełomowym krokiem na tej drodze.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej