Aby ostatecznie przekonać się, że język ideologii XX wieku nie wystarczy do opisania realiów polityki XXI wieku, wystarczy spojrzeć na międzynarodowe alianse, jakie uformowały się wokół Wenezueli. W ciągu ostatnich paru dni ten kraj posłużył za coś w rodzaju testu Rorschacha – stał się czarnym kleksem, w którym wiele osób widzi projekcje swoich poglądów politycznych.

Niektórzy z uporem umieszczają Wenezuelę na osi lewica-prawica – albo głośno broniąc, albo potępiając to, co w retoryce poprzedniego przywódcy Hugo Cháveza i obecnego prezydenta Nicolása Maduro nosi miano „bolivariańskiego socjalizmu”. Inni są zdania, że jakiekolwiek zagraniczne poparcie dla Juana Guaidó – przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, który ogłosił się tymczasowym prezydentem kraju do czasu, gdy będzie możliwe przeprowadzenie wyborów – to „amerykański imperializm” i „prawicowy zamach stanu”. To bezsensowne stwierdzenie ignoruje fakt, że wiele zagranicznych rządów popierających Guaidó należy do centrolewicy – np. kanadyjski, hiszpański, peruwiański – i że niemal wszystkie są rządami państw europejskich lub latynoamerykańskich.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej