W zeszły poniedziałek, tak jak w każdy trzeci poniedziałek stycznia, Amerykanie obchodzili dzień Martina Luthera Kinga, zamordowanego w 1968 roku działacza na rzecz zniesienia segregacji rasowej i równouprawnienia Afroamerykanów. Dzień pastora Kinga ustanowiono nie w rocznicę jego śmierci, ale w rocznicę urodzin – 15 stycznia – po to, by celebrować życie, a nie śmierć. I to celebrować życie godne i dobre, wypełnione działaniem dla dobra innych. W Ameryce ten dzień to dzień służby na rzecz społeczeństwa, choć oficjalnie, na podstawie decyzji prezydenta Ronalda Reagana, jest ustawowo wolny od pracy. Od pracy, ale nie od służby. Służby – by w ten sposób pokazywać, że ofiara Kinga nie poszła na marne, że jego dziedzictwo walki o równe prawa dla wszystkich i o wspólnotę nie zostanie zapomniane albo zamienione w nudne „akademie ku czci”.

Dzień Martina Luthera Kinga wymaga zaangażowania. Amerykańskie telewizje przez cały dzień pokazywały, co można tego dnia zrobić dla innych, dla wszystkich i dla siebie. Amerykańskie szkoły teoretycznie były zamknięte, ale uczniowie wolnego nie mieli. Sprzątali przytułki dla bezdomnych, gotowali posiłki dla biednych, pomagali sprzątać własne miasta i miasteczka, robili porządki w bibliotekach szkolnych, odwiedzali chorych. Podejmowali mnóstwo aktywności i działań pozwalających na bycie razem, a także uczenie się pomagać i dostrzegać innych wokół siebie. Jak powiedziała jedna z uczennic w programie telewizyjnym: „To dyshonor w tym dniu leżeć na kanapie”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej