Anna Dobiegała: Kogo miał ojciec na myśli, mówiąc na pogrzebie Pawła Adamowicza: „Człowiek posługujący się językiem nienawiści, człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie, nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju”?

O. Ludwik Wiśniewski: Mówiłem o zasadzie. Do głowy mi nie przyszło, by wskazywać kogoś konkretnego. Powinniśmy w końcu zrozumieć, że zrobiliśmy w Polsce piekiełko i odpowiadamy za nie wszyscy, choć oczywiście w różnej mierze. Ja też odpowiadam. Dlatego, po pierwsze, chciałem powiedzieć: postawmy kropkę, zacznijmy od początku, zacznijmy inaczej. Po drugie, jako społeczeństwo przyzwyczailiśmy się do mowy nienawiści, wrosła w nas. Musimy się obudzić, by reagować na złe słowa polityków.

Nie jest w Polsce tak, że z jednej strony mamy armię anielską, a z drugiej – diabelską. Myślimy, że jak obecna ekipa rządząca przegra, będziemy mieli niebo. Nie. Uważam, że może być jeszcze większe piekło, bo w ludzi wrosła potrzeba odwetu. Próbowałem zawołać: stop, dalej tak nie można, nie oskarżając nikogo konkretnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej