Dzień po zamordowaniu Jo Cox w 2016 roku zszokowani politycy po obu stronach brexitowej barykady zamilkli. Cox była członkinią parlamentu brytyjskiego, zwolenniczką pozostania w Unii Europejskiej i jedną z osób prowadzących kampanię na rzecz Syrii. Jej morderca był chory psychicznie i jednocześnie był ekstremistą przeczesującym internet w poszukiwaniu materiałów popierających supremację białych. Strzelając do niej i dźgając ją nożem, wykrzykiwał takie hasła, jak: „Przede wszystkim Wielka Brytania”. Atmosfera była napięta, debata referendalna emocjonalna i wszyscy się zgodzili, żeby na cześć Cox na trzy dni przerwać kampanię.

Dużo później dowiedzieliśmy się, że w rzeczywistości jedna z grup nie zamilkła. W ciągu kilku godzin od śmierci Cox twórcy kampanii na rzecz brexitu po cichu wznowili  swoje działania reklamowe na Facebooku. Zgodnie z planem wysyłano do wyborców adresowane ogłoszenia reklamujące brexit nawet w trakcie rzekomego milczenia. Polityka nie uległa zaniechaniu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej