Każda z pań, która samodzielnie decyduje się na blond włosy plus wydatne usta, powinna być tego świadoma. Powinna być też świadoma, że prócz pewnych przywilejów może się stać obiektem seksistowskich uwag, żartów, chcianych i niechcianych komplementów oraz zaczepek.

Jako społeczeństwo powinniśmy z tym walczyć, bo zarówno stereotypy, jak i seksizm są przejawem dyskryminacji, która krzywdzi, wyklucza, marginalizuje. Z drugiej strony musimy – my, kobiety – być wreszcie wolne, to znaczy robić to, na co mamy ochotę: studiować, pracować, doklejać rzęsy, uwodzić, robić kariery. I nikt nie powinien nam mówić, co mamy robić i jak mamy wyglądać.

Czasem rzeczywiście wystarczy ufarbować włosy na blond, wstrzyknąć botoks, założyć stanik push-up, by w męskim świecie, ciągle traktującym kobiety jako obiekty seksualne, zrobić karierę. Po co studia? Po co kompetencje? Świadome granie na „nagich instynktach” mężczyzn we własnym interesie może być sposobem odegrania się za setki lat zniewolenia. Jak pokazują statystyki, kobiety stawiają jednak bardziej na wykształcenie i rzetelną pracę niż na wygląd. Dziś są znacznie lepiej niż mężczyźni przygotowane do pełnienia nie tylko różnych funkcji zawodowych, ale też i kierowniczych. A mimo to znacznie trudniej im o równe z nimi zarobki czy awans. Socjologowie twierdzą, że trzyma je „lepka podłoga”, czyli potrzeba szefa, by mieć przy sobie sprawną asystentkę, kompetentną wice czy lojalną do bólu dyrektorkę departamentu. I nie puszczać jej dalej, bo kto będzie za niego pracował?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej