W PRL Jacek Czaputowicz był dzielnym młodym człowiekiem. Szanowałem go za to. W III RP był funkcjonariuszem bez dużego znaczenia, pracującym na marginesie różnych obozów władzy. Żałowałem, że się marnuje. W Polsce PiS stał się „eksperymentem”, który na posadzie życia ponosi porażki i w poszukiwaniu ratunku coraz brzydziej się chwyta, marnując swój biograficzny kapitał. To smutny widok.

Nie chodzi mi o to, że Czaputowicz uznał za stosowne przypomnieć, iż Donald Tusk został prezydentem Rady Europejskiej, choć kandydatem rządu PiS był Jacek Saryusz-Wolski. To dla Polski i Tuska jest powód do dumy, bo pokazuje, że w międzynarodowej polityce jest Polak cieszący się tak powszechnym respektem, że cała Europa jednomyślnie powierza mu najwyższy urząd, nawet gdy rząd w Warszawie świruje, robiąc, co w jego mocy, by zablokować zaszczytny wybór rodaka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej