Donald Tusk, czy się to komuś podoba, czy nie, jest dziś najważniejszym w świecie polskim politykiem. Na przełomie listopada i grudnia 2018 roku uczestniczył w Buenos Aires w spotkaniu 20 przywódców największych gospodarek na świecie. W kuluarach mógł rozmawiać z najpotężniejszymi przywódcami światowych mocarstw: Donaldem Trumpem, Xi Jinpingiem, Władimirem Putinem. Innego Polaka na tym spotkaniu nie było. W sierpniu weźmie udział w spotkaniu grupy G7 – przywódców siedmiu największych państw demokratycznych. Na co dzień spotyka się bezpośrednio lub kontaktuje telefonicznie z szefami rządów państw europejskich.

Jego stanowisko daje znakomitą okazję do poufnych konsultacji z państwami, z którymi Polska ma napięte relacje. Może chodzić o szczegóły – na przykład zniesienie barier w handlu jakąś grupą towarów lub zgodę na ważną inwestycję, ale też o sprawy o znaczeniu strategicznym – poprawę relacji między Polską a niezbyt przyjaznym krajem. Nie może i nie powinien otwarcie lobbować na rzecz polskich interesów, gdyż reprezentuje 28 państw Unii Europejskiej i musi być wiarygodny dla każdego z nich. Ale nikt mu nie zabroni przy okazji jakiejś konferencji zjeść lunch, powiedzmy, z chińskim przywódcą i dowiedzieć się – od tak, między jednym a drugim toastem – na jakich warunkach chińskie firmy gotowe byłyby inwestować w Polsce, a Chiny otworzyć swój rynek dla polskich towarów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej