Bywają słowa, które definiują epokę. Kiedy we wrześniu 1938 r. premier Neville Chamberlain rzekł w wywiadzie o kryzysie sudeckim, że byłoby czymś „okropnym, fantastycznym i niegodnym wiary, gdybyśmy mieli kopać okopy i zakładać tu maski gazowe z powodu sporu w odległym kraju między ludźmi, o których niewiele wiemy”, nie tylko zapewnił wybuch II wojny światowej, ale także zagwarantował sobie miejsce w historii. Jego słowa na zawsze stały się symbolem polityki ustępstw wobec agresora, która uczyniła wojnę możliwą i wieczną, zdawałoby się, przestrogą dla polityków Zachodu.

Gdy w ćwierć wieku po nim prezydent John Kennedy, przemawiając w Berlinie Zachodnim, gdzie właśnie stanął mur, oznajmił „Ich bin ein Berliner”, pokazał, że przestrogę tę rozumiał. Walka z agresją, z uciskiem, z przemocą, nie toczy się gdzieś daleko, i między obcymi. Jesteśmy jej częścią i od niej zależy nasz los. „Mieliście do wyboru hańbę lub wojnę – odpowiedział Chamberlainowi Winston Churchill. – Wybraliście hańbę, a wojnę będziecie mieli i tak.” Wojnę tę alianci z Churchillem wygrali, ale jej losy mogły się potoczyć inaczej. A zakończyła się właściwie dopiero, gdy prezydent Lech Wałęsa rozpoczął swe wystąpienie przed Kongresem USA słowami „We the People”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej