W nowym roku – gorącym, bo obejmującym wybory europejskie i parlamentarne – PiS postanowił wystąpić w roli partii euroentuzjastycznej.

Nagłe przemiany w retoryce tej partii w okresach kampanii wyborczych są już legendarne, jednak dotąd wiązały się raczej z ubieraniem prezesa Jarosława Kaczyńskiego w owczą skórę lub z chowaniem do szafy Antoniego Macierewicza i paradowaniem po mediach z Jarosławem Gowinem w roli łagodnego chłopca z plakatu. Tymczasem doświadczenie z wyborów samorządowych – przede wszystkim (acz nie tylko) wyników obozu władzy w miastach – skazuje partię rządzącą na przeprowadzenie w 2019 r. bardziej złożonej operacji.

Zmiana tonu czy odesłanie partyjnych radykałów na zieloną trawkę to za mało. Jesienią wyborcy jednoznacznie przestraszyli się wizji wyjścia Polski z Unii Europejskiej, a wynik PiS zaliczył dotkliwe tąpnięcie. Dlatego przed kolejnymi wyborami partia podejmie próbę zamaskowania polityki europejskiej rządu prowadzonej od 2015 r. i przedstawienia samego siebie jako jej przeciwnika.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej