Zaledwie półtora miesiąca temu, 11 listopada, światowi przywódcy zgromadzili się, żeby uczcić stulecie rozejmu, który kończył I wojnę światową. W tamtym dniu wydarzyło się wiele rzeczy odciągających uwagę: prezydent USA obawiał się deszczu, prezydent Rosji beztrosko się spóźnił. Jednak od tamtego czasu wydarzyło się jeszcze więcej rzeczy odciągających uwagę: protest „żółtych kamizelek”, rezygnacja sekretarza obrony Jima Mattisa czy spadek cen na giełdach.

Gdy jednak rok 2018 zbliżył się do swojego dziwnego końca – w okresie świąt Bożego Narodzenia prezydent Trump siedział samotnie w Białym Domu w syntetycznym blasku telewizyjnych ekranów – warto zatrzymać się na chwilę, aby przypomnieć sobie przemówienie wygłoszone tamtego dnia przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Być może ono właśnie wskazuje drogę do lepszego roku 2019.

Na pierwszy rzut oka tematem omawianym przez Macrona była I wojna światowa – brutalna chwila, w której „Europa niemal popełniła samobójstwo”. Jednak rzeczywistym przedmiotem tamtego przemówienia była Francja – albo raczej dwie odmienne wizje Francji konkurujące ze sobą znacznie dłużej niż od stu lat.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej