Oficjalnie Angela Merkel o przeprowadzce do brukselskiego gmachu Berlaymont, czyli kwatery głównej eurokomisarzy, nie chce słyszeć. W październiku, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że tlący się w Niemczech polityczny kryzys wybuchnie wielkim płomieniem i strawi chadecję, zapowiedziała, że oddaje władzę w partii, a gdy skończy się kadencja Bundestagu, odda też fotel kanclerza. Zapowiadany od lat zmierzch Merkel zaczął się dopełniać. – Nie będę ubiegać się o żadne stanowisko polityczne – zapowiadała, stojąc przed kamerami telewizyjnymi.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej