Najpierw chodziło tylko o swobodne korzystanie z bazy morskiej w Sewastopolu. Potem okazało się jednak, że „Krym nasz”. A w środę Rosja oficjalnie przestrzegła i Ukrainę, i NATO, przed „prowokacyjnymi” pomysłami wysłania okrętów przez Cieśninę Kerczeńską, którą uznała za część swych wód terytorialnych.

Nie ma wprawdzie wielkiego niebezpieczeństwa, że do takiej próby wysłania konwoju miałoby dojść: Ukraina nie może ryzykować ostatnich jednostek swej marynarki, a okręty innych państw mogą przepływać przez wody terytorialne tylko na zaproszenie państwa, do którego te wody należą.

Cieśnina Kerczeńska to istotnie wody terytorialne Rosji – ale i Ukrainy: w zawartej 15 lat temu umowie oba państwa postanowiły traktować całe Morze Azowskie jako wody terytorialne obu. Północne wybrzeże tego morza nadal pozostaje częścią Ukrainy, i Moskwa nie neguje, póki co, prawa ukraińskich jednostek, które na nim się znajdują, do swobodnej po nim żeglugi. Ale po aneksji Krymu, będącego zachodnim wybrzeżem Morza, Rosja uznała, że zamykająca je od południa Cieśnina Kerczeńska to już tylko jej wody, i na początku miesiąca siłą uniemożliwiła wpłynięcie tu ukraińskich jednostek. Oznacza to faktyczną blokadę portu w Mariupolu, trzeciego co do wielkości na Ukrainie; Kijów już ponosi z tego powodu ogromne straty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej