W tygodniach poprzedzających wypowiedzenie wojny w 1914 roku, Brytyjczycy byli wyjątkowo pewni siebie. „Skończy się przed Bożym Narodzeniem” – mówili optymiści. Pesymiści przewidywali, że może potrwać całe dwa lata. Niemal nikt jednak nie przewidział okopów, zniszczeń gospodarstw rolnych i pól oraz straty całego pokolenia młodych ludzi w bitwach, które z czasem zyskały nazwę I wojny światowej.

Ten brak zrozumienia dla powagi nadciągających zdarzeń był, jak wiadomo, skutkiem szczególnej chwili. Początki XX wieku były okresem powszechniej zamożności i niesamowitej innowacji technicznej. Pociągi, samoloty, telefony i telegrafy połączyły dopiero co zglobalizowany świat. Pokój traktowano jako coś oczywistego. Wielka Brytania, podobnie jak większość pozostałych części Europy, od dziesięcioleci nie uczestniczyła tak naprawdę w poważnej wojnie, a większość ludzi zapomniała, co to w ogóle znaczy. Młodzi ludzie zaciągali się do wojska z entuzjazmem, w przewidywaniu przygód, aby „robić to, co trzeba”, aby „działać na rzecz króla i swojego kraju”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej