Dosadnym i smutnym potwierdzeniem przekonania, że politycy różnych obozów tak naprawdę nie różnią się niczym i nie ma znaczenia, jaką partią reprezentują, są wydarzenia z sesji Rady Warszawy. Wydawało się, że wypadki sejmowe, to, w jaki sposób PiS lekceważy demokratyczne procedury i za nic ma legislacyjne standardy, będzie wystarczającym memento dla wszystkich partii. Że kneblowani, karani, niedopuszczani do debaty i do głosu posłowie opozycji parlamentarnej, wielokrotnie protestujący przeciw łamaniu elementarnych reguł, będą unikać takich zachowań jak ognia. A okazało się, że są tacy sami. PiS-owski zamach na demokrację jak najbardziej podoba się konkurentom i był najwidoczniej źródłem zazdrości, że oni wcześniej na to nie wpadli – że tak można, że nie trzeba się niczym przejmować, bo posiadanie większości usprawiedliwia wszystko.

Nie chodzi tu o polityczny błąd, który popełniła Koalicja Obywatelska w Warszawie w sprawie bonifikaty na wykup wieczystego użytkowania. Błąd był nieco niezrozumiały, ale błędy się zdarzają i trzeba przyznać, że KO dość szybko się z niego wycofała.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej