Jerzy Zajadło - filozof prawa, pracuje na Uniwersytecie Gdańskim. Jest laureatem Nagrody im. Edwarda J. Wendego (2017), członkiem rady programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy w Trybunale Konstytucyjnym i jego krytyka pod adresem sędziów mających być jakoby źródłem prawnej anarchii już wywołały liczne komentarze. W przeważającej mierze są one krytyczne, ponieważ argumenty prezydenta wydają się nie tylko niezrozumiałe, lecz wręcz nielogiczne, ponieważ oparte na trudnych do wytłumaczenia, zwłaszcza w przypadku głowy państwa, osobistych emocjach. Jeśli bowiem przyjrzeć się nieco bliżej najbardziej kontrowersyjnym punktom tego wystąpienia, to okazuje się, że gdzieś w tle czai się jakaś urażona megalomania.

Zacznijmy od zarzutu, że sędziowie odesłani w stan spoczynku zmienioną ustawą o Sądzie Najwyższym powrócili do służby zaraz po pierwszym postanowieniu zabezpieczającym TSUE. Z prawnego punktu widzenia mieli rację, ponieważ decyzja luksemburskiej sędzi wywierała skutek natychmiastowy i samowykonalny, co potwierdził TSUE swoją decyzją kolegialną z 17 grudnia 2018 roku. Rządzący mieli jednak inną wizję problemu – uznali, że uchwalą nową zmianę do ustawy o Sądzie Najwyższym i dopiero złożenie podpisu przez prezydenta będzie stanowiło podstawę do powrotu sędziów na stanowiska. Więcej nawet, uchwalona ustawa przewidziała, że zatrzyma czas w drodze pewnej fikcji, iż sędziowie nigdy swoich stanowisk nie utracili.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej