Gdyby zapytać wielu, czy woleliby mieć obcięte ucho, czy zabraną „na wieki” komórkę, to jestem pewna, że chętniej pozbyliby się ucha (nie wiem jak z nogą). Ucho to w końcu jakiś dodatek do ciała, czasem nieforemny, bez którego smartfon przy głowie lepiej się trzyma. Bez nogi zresztą też można żyć, ale bez komórki???

Relacja między smartfonami a ich właścicielami ma w bardzo wielu przypadkach charakter nie tylko organiczny (przewidywała to filozofka Donna Haraway, pisząc, że jesteśmy cyborgami), ale też mistyczny. Komórka wydaje się bezpośrednio połączona z Panem Bogiem, a im bardziej wypasiona, tym kontakt bardziej prawdopodobny. Jej dzwonek (sygnał SMS, zdjęcia, które pojawiło się na Instagramie, czy inny komunikat) jest jak iluminacja, nie pozostawia żadnego wyboru, trzeba natychmiast porzucić zajęcia, które się wykonuje: rozmowę z przyjaciółmi, książkę, kolację, pracę, spacer – i odebrać. Tak jakby od tego zależało nie tylko nasze życie, ale także zbawienie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej