Minister energetyki Krzysztof Tchórzewski zapowiedział najpierw, że koncerny energetyczne dorzucą się do funduszu dopłat dla ludności rekompensującego podwyżki cen energii, a następnie, że firmy te w ogóle zrezygnują z podwyżek opłat. Wkrótce jednak zaczął się wycofywać z tej obietnicy, przyznając, że koncerny energetyczne są niezależne, więc rząd nie może przewidzieć ich zachowania.

Widać wyraźnie, że władza znalazła się w trudnym położeniu i próbuje wywrzeć na producentów i dystrybutorów energii presję, by przed przyszłorocznymi wyborami sprzedawali prąd taniej, może nawet poniżej kosztów produkcji. W podobny sposób zaskakująco tanie były paliwa – aż do październikowych wyborów.

Rząd PiS podąża tu szlakiem wytyczonym przez ekipę Viktora Orbána na Węgrzech, gdzie ceny energii, czynszów i usług komunalnych stały się narzędziem pozyskiwania głosów w wyborach oraz środkiem pomagającym przejąć przedsiębiorstwa od zagranicznych właścicieli. Proces ten opisał socjolog Bálint Magyar w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”, zwracając uwagę, że przymusowe obniżki cen i stawek opłat są w istocie rodzajem nadzwyczajnego podatku nakładanego na przedsiębiorstwa.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej