Budowanie pomników jest równie ryzykowne, jak nieodpowiedzialne jest ich burzenie. Pomniki stawia się w trzech celach: by upamiętnić czyjeś dzieła, by upamiętnić czyjąś biografię lub by obywatele wiedzieli, że ktoś taki był. Chylimy czoło przed dziełami Mickiewicza czy Chopina, ale nie zachwycamy się ich biografiami (uciekli z ojczyzny w potrzebie). Uważamy za wzorcową biografię prymasa Wyszyńskiego, choć wiemy, że żadnych szczególnych dzieł po sobie nie zostawił. Pomniki Lecha Kaczyńskiego przypominają nam o tym, że był, choć o jego dziełach wiadomo niewiele, a w biografii są tylko dwa elementy godne upamiętnienia: tragiczna śmierć i demoniczny brat bliźniak.

Różne też są motywy stawiania pomników. Rzadko stanowią one wyraz inicjatywy obywatelskiej, profesjonalnej lub lokalnej. Najczęściej są wyrazem „woli narodu”, to jest – w zależności od okoliczności – woli panującej partii, panującej ideologii, wodza lub służalczości władz lokalnych. Dzięki temu pomniki nader często więcej mówią o warunkach politycznych, w których powstawały, i o ludziach, którzy doprowadzili do ich powstania, niż o biografii czy zasługach osób, które upamiętniają. Jeśli kraj jest komunistyczny, to pomniki stawia się komunistom. Jeśli jego ustrój zbliżony jest do fundamentalizmu religijnego, pomniki stawia się świętym. A gdy w kraju władzę obejmie partia budująca historię od nowa, to pomniki będą upamiętniać tę budowę, niszcząc bogów epoki minionej.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej