Ludowcy zrobili się ważni. Jedni chcą ich pozyskać, jak Lech Wałęsa, który we wtorek spotkał się z ich liderem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i zaapelował o wspólny start PSL z Koalicją Obywatelską w wyborach do europarlamentu. Bo tylko zjednoczona opozycja może pokonać PiS.

Inni, jak Jarosław Kaczyński, chcą ich zniszczyć i wypchnąć ze sceny politycznej, by przejąć wiejski elektorat. Bo doświadczenie po 1989 r. mówi, że partia, która wygrywa wybory na wsi, wygrywa w całym kraju.

Zaczęło się w 2014 r. Był 19 stycznia, 140. rocznica urodzin Wincentego Witosa. Do Wierzchosławic jak co roku zjechali politycy PSL, by uczcić chłopa premiera. Ale tym razem przyjechali też czołowi politycy PiS z Kaczyńskim na czele, który ku zdumieniu ludowców przedstawił swoją partię jako naturalnego kontynuatora polityki legendarnego przywódcy, a działaczy PSL zaprezentował jako tych, którzy bezprawnie próbują zawłaszczyć tradycję ruchu ludowego. To było mocne uderzenie, bo symbol czterokrotnego premiera nadal działa na wyobraźnię elektoratu chłopskiego.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej