Płomienie, pochodnie i gaz łzawiący pochłonęły Paryż w sobotni wieczór. W niedzielny poranek ulice zaśmiecały wraki wypalonych samochodów, a Łuk Triumfalny został pokryty graffiti. Mniejsze, a w przeważającej większości bardziej pokojowe marsze odbyły się także w całym kraju, gdzie w ciągu ostatnich paru weekendów protestujący okupowali bramki opłat na autostradach, blokowali fotoradary na szosach, zatrzymywali ruch drogowy i zamurowywali wejścia do regionalnych urzędów skarbowych.

Demonstrującymi byli gilets jaunes – „żółte kamizelki”, nazywani tak ze względu na noszone przez nich kamizelki odblaskowe – których wielokrotnie i błędnie opisywano jako tych, którzy „pojawili się znikąd”. To prawda, że ich początki są niekonwencjonalne; w przeszłości partie polityczne zarówno we Francji, jak i w pozostałych krajach Europy wywodziły się z tradycyjnych, realnie istniejących instytucji – na przykład socjaldemokraci wyłonili się ze związków zawodowych, a centroprawicowe demokracje chrześcijańskie powstały dzięki kościołom.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej