To, jak pożegnano prezydenta George’a Busha seniora, świadczy nie tylko o jego osobie i jego dokonaniach, ale przede wszystkim o standardach obowiązujących w Ameryce. O szacunku dla inaczej myślących i ich historycznego dorobku. To przykład myślenia o państwie i narodzie w kategoriach ciągłości i wspólnoty. List, który pokonany przez Billa Clintona odchodzący prezydent Bush zostawił swojemu następcy, pokazuje i klasę polityka, i siłę demokracji, w której nie myśli się wyłącznie w kategoriach odwetu. „Twój sukces – napisał były prezydent do przyszłego prezydenta – będzie naszym sukcesem. Całego naszego kraju”.

„Nasz kraj”. W podzielonej Polsce te słowa brzmią jak z innej planety. Zwłaszcza gdy słucha się polityków partii rządzącej, których zadaniem powinno być tworzenie wspólnoty. Ale wspólnota oznacza dla nich państwo tylko dla swoich. Bo jak inaczej należy rozumieć słowa premiera, który na urodzinach pewnego radia zwracał się z prośbą do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy o opiekę nad całym narodem, ale równocześnie dodawał, że także wobec tych, którzy kochają Polskę nie tak mocno jak tutaj zgromadzeni. To rozróżnienie na tych, którzy kochają Polskę mocniej, i tych, którzy kochają mniej, jest oznaką wykluczenia. Kto właściwie dał premierowi prawo do takiej oceny? Kto mu dał prawo do wystawiania ocen z patriotyzmu? Kto nie słucha Radia Maryja, ten nie kocha Polski wystarczająco mocno? Przestaje być patriotą? Premier nigdy jeszcze nie dał tak mocno do zrozumienia, że pogardza innymi Polakami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej