W gniewnych relacjach polskiego rządu z UE czy to w sprawie praworządności, czy wycinki Puszczy Białowieskiej schemat jest ten sam: najpierw PiS chwali się własną niezłomnością, zapewniając, że nie odda Unii ani guzika, i wylewa falę hejtu na tych, którzy domagają się, by przestrzegał prawa i właściwych standardów. A potem pod wpływem siły i groźby panicznie się cofa, udając, że uprzednich buńczucznych oświadczeń ani hejterskich zachowań nie było.

Podobnie z listem pani ambasador USA Georgette Mosbacher, który – wiele na to wskazuje – przyczynił się do uratowania dziennikarskiej niezależności w Polsce. Bez tego listu twórcy wcieleniowego reportażu w TVN o tym, jak polscy faszyści świętują urodziny Hitlera, sami staliby się ofiarami prokuratorskich represji, a PiS gorliwiej zająłby się podporządkowywaniem sobie niezależnych mediów. Gdy list stał się znany, na Mosbacher od razu posypały się inwektywy. Wicepremier Gowin odwołał spotkanie z nią, a media bliskie władzy głosiły, że pani ambasador może nam nastukać, bo nie jesteśmy byle jaką republiką bananową. Dopiero po jakimś czasie władza zaczęła łagodzić sytuację, zaś minister Błaszczak nawet pochwalił Mosbacher za świetną współpracę. Prokuratura przestała grozić dziennikarzom TVN, a z PiS dobiegają głosy, że mediów lepiej nie ruszać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej