Wybór Emmanuela Macrona na prezydenta wywołał entuzjazm w dwóch krajach – Francji i Polsce. W Polsce chyba nawet większy. Macron w I turze zyskał poparcie niespełna jednej czwartej Francuzów, a to, że wygrał z Marie Le Pen w II turze, wynikało z głosowania większości przeciwko niebezpiecznej populistce.

W Polsce entuzjastycznie o nowym prezydencie wypowiadali się przede wszystkim publicyści, wyznający jednocześnie wartości liberalne i lewicowe, a także proeuropejskie. Prezydent był przez nich komplementowany za to, że jest młody, że ma starszą, bardzo elegancką żonę, jest spoza układów, ma wizję zjednoczonej Europy i odwagę, by dokonywać zmian, które będą wzorem dla innych krajów Unii. Wiele w tym było nieprawdy lub banałów. Macron był wcześniej członkiem Partii Socjalistycznej i ministrem gospodarki w rządzie Manuela Vallsa, a więc żadnym outsiderem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej