W sobotni wieczór trzy małe ukraińskie okręty opuściły ukraiński port w Odessie, kierując się do portu w Mariupolu. Po drodze musiały przepłynąć przez Cieśninę Kerczeńską, przesmyk znajdujący się pomiędzy okupowanym przez Rosję Półwyspem Krymskim a kontynentalną Rosją.

Ukraińskie okręty miały pełne prawo się tam znajdować – podobne zgrupowanie okrętów przepłynęło przez tę cieśninę zaledwie miesiąc temu, a układ z 2003 roku zapewnia obydwu państwom prawo do korzystania z tych wód. Tym razem jednak, w trakcie starannie zaplanowanej prowokacji, rosyjskie okręty ostrzelały jednostki ukraińskie – a następnie przejęły je wraz z 24 członkami załogi.

W pewnym sensie wydarzenia te nie są żadną niespodzianką. Chociaż wielu uznało za stosowne o tym zapomnieć, wojna między Rosją a Ukrainą wciąż się toczy.

Ci, którzy walczą, od dawna przygotowują się na zaostrzenie konfliktu. Jedyną niespodzianką jest wybór chwili jego nasilenia: dlaczego akurat teraz?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej