Kazus radnego Kałuży jest fascynujący. Zapewne trafi do podręczników zajmujących się polityczną korupcją, a nazwisko radnego wejdzie do języka potocznego jako popularny zwrot: „nielojalny jak Kałuża”, „wykiwać jak Kałuża” lub zrobić coś „na Kałużę”.

Być może też „Kałuża case” stanie się jakąś linią demarkacyjną między polityką akceptowalną i polityką jako farsą, a może – wprost przeciwnie – w obliczu nowych wydarzeń przypadek ten wyda się błahostką. Dziś jednak szokuje i warto ten moment zapamiętać.

Wiele bowiem już było politycznych transferów, zdrad, kupczenia posadami (po wszystkich stronach sceny politycznej), ale chyba żadne z tych zjawisk nie miało do tej pory tak krystalicznie czystego charakteru. Odbył się prosty handel, w którym nie ma wątpliwości, kto sprzedał, co sprzedał, jaki jest zysk kupującego (a jest niemały), prócz pytania – skądinąd interesującego – jaka była naprawdę cena? Za ile sprzedaje się lojalność, uczciwość, przyzwoitość, o honorze i ideałach już nie wspominając, bo nie są dziś towarem poszukiwanym.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej