Wojciech Kałuża ze Śląska nie tylko stał się symbolem politycznego sprzedawczyka, ale też jego nieoczekiwana wolta w stronę PiS-u pokazała, jak kruche są podstawy partyjnych struktur, szczególnie relatywnie młodych partii. 

Pan Kałuża znalazł się na liście do sejmiku nie dlatego, że był lojalnym, długoletnim (nawet w przypadku Nowoczesnej oznacza to jakieś trzy lata) działaczem partii zaangażowanym w lokalne sprawy. Co prawda, był wcześniej członkiem Platformy Obywatelskiej, więc to mogło uśpić czujność tych, którzy mu zaufali. Został kandydatem, bo uznano, że przyciągnie głosy. Przyciągnął, ale wystarczył jeden telefon miłych panów z PiS z obietnicą ustawienia do końca życia, by cała polityczna przeszłość została wymazana. Jego rejterada pokazała również deficyt lokalnych polityków i brak dbałości o budowanie od podstaw partyjnych struktur. To ciężka i żmudna praca. Bez fajerwerków, bez kamer, bez natychmiastowych efektów. Oczywiście, fajnie jest pokazywać się w telewizji, zamiast spędzać czas na posiedzeniach dzielnicowych kół. Tyle że jak pokazał przykład pana Kałuży, to droga na skróty. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej