Poglądy powiązane jakimś programem to tylko jeden z rekwizytów w rękach przywódcy; może je dowolnie zmieniać, nie tracąc swojej pozycji. Najsilniejsze partie to tandem populizmu i narcyzmu.

PiS jest w tym względzie wzorcowy; mamy tam wszystkie elementy partii podręcznikowo populistycznej: odrzucenie establishmentu, odwołanie się do „zwykłego człowieka”, emocjonalna narracja o „rdzennej krainie”, czyli o wspaniałym miejscu, którym była kiedyś Polska i którym się stanie dzięki wysiłkom partii, Matki Boskiej i martyrologicznych bohaterów (w tej roli Lech Kaczyński i zastęp „żołnierzy wyklętych”). Przede wszystkim jednak mamy tu Przywódcę, którego każde słowo staje się ciałem niezależnie od tego, co powie.

PO jest tego wzorca subtelniejszą wersją: „zwykły człowiek” jest tu bardziej elitarny, a „rdzenna kraina” jest raczej rajem konsumpcyjnym niż martyrologicznym. Wszelako wódz jest jeden, co okazało się niedawno, gdy do kraju przybył On. Tusk. Jeszcze bez konia, ale rżenie słychać było wszędzie. W wywiadzie, który ukazał się w „Wyborczej” 10 listopada, Donald Tusk powiedział, że duża rozbieżność poglądów w jego partii (prawicowy cynik Jarosław Gowin, przykościelna Elżbieta Radziszewska i progresywna flanka) to było ucieleśnienie chytrego pomysłu, by asymilować konflikty, nim rozsadzą one społeczeństwo na zewnątrz. Narcystyczni przywódcy cenią posłuszeństwo, a czy jest ono uzyskane drogą deprywacji intelektualnej, jak w przypadku PiS, czy chaosu światopoglądowego, jak w przypadku PO – na jedno wychodzi. Partia ma iść za wodzem. Podobnie dzieje się w partii Kukiza czy Millera (bo kto zna Czarzastego?).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej