Opublikowanie zbiorczych danych na ten temat utnie raz na zawsze (albo potwierdzi) absurdalną argumentację, dość popularną wśród obrońców „dobrego imienia Kościoła”, że pedofilia wśród duchownych jest zjawiskiem marginalnym, a w każdym razie nie intensywniejszym niż molestowanie nieletnich przez nauczycieli czy murarzy.

Próby zebrania tych informacji były do tej pory mordęgą. Episkopat jako ciało nadzorujące ich nie gromadził, a każda diecezja funkcjonowała jak udzielne księstwo. Kiedy w 2013 r. Radio TOK FM toczyło boje o dostęp do tych danych z rzecznikami biskupów, od ks. Wojciecha Lipki z diecezji warszawsko-praskiej usłyszało wprost: „To nie wasza sprawa”. Inna kuria odpowiedziała, że „nie jest zainteresowana braniem udziału w ankiecie”.

Ale zostawmy media, które przecież (tu znów cytat z kurii) „nie są Stolicą Apostolską”. Problem z poznaniem skali zjawiska ma również powołany w 2014 r. koordynator Episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży o. Adam Żak. W niedawnym wywiadzie powiedział dziennikarzom „Tygodnika Powszechnego”, że każda diecezja i zgromadzenie zakonne wiedzą o swoich przypadkach. A on sam od lat postuluje zebranie danych. Dlaczego więc się nie udało? Bo wśród biskupów „zabrakło jedności do wykonania tego zadania”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej