Rano na tym samym placu, między Schodami a krzyżem, objawiła się żeńska grupa performerska Czarne Szmaty, która przebrana za pozłacane orły odtańczyła przepiękny taniec wolności. Jego hasłem było wzruszające: „Warszawa dla ptaków”. Grupa powtórzyła swój taniec pod Świątynią Opatrzności, gdzie tego dnia modliła się Platforma Obywatelska. Na placu Unii Lubelskiej antifa już od południa gromadziła młodych pod innym hasłem, „Polska dla dziwaków!”, choć nie wiem, czy hasło to ze swoim politycznym przesłaniem dotarło do najbardziej zainteresowanych, czyli głównej kolumny radosnego świątecznego marszu, który zajął całe Al. Jerozolimskie.

W jego czołówce szedł prezes z kolegami i koleżankami, a za nimi majestatycznie sunęły samochody opancerzone, wozy bojowe, rosomaki, langusty oraz żbiki. Być może rosomaków nie było (minister Macierewicz mógł je zabrać ze sobą do domu), ale sunącego zbrojnego żelastwa otoczonego wojskiem, żandarmerią, policją itp. było na tyle dużo, by prezes odmaszerowawszy kawałek, mógł spokojnie powrócić na Żoliborz i robić plany na najbliższe sto lat, a prezydent schronić się w swojej kaplicy i dalej ćwiczyć mowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej