Trudno o jaskrawszy kontrast. W niedzielę 11 listopada przez spowite dymem z palących się rac centrum Warszawy przeszedł organizowany pod patronatem prezydenta Andrzeja Dudy marsz nacjonalistów. Ochraniani przez policję i wojsko uczestnicy spalili flagę Unii Europejskiej oraz wygrażali wrogom Polski, że ich pozabijają. Natomiast w Paryżu, gdzie uroczyście obchodzono 100-lecie zakończenie pierwszej wojny światowej, z ust prezydenta Macrona padły przestrogi przed „powrotem starych demonów” i wzrostem „zaraźliwych ideologii”, które mogą pogrążyć Europę w chaosie. – Nacjonalizm to zdrada patriotyzmu – mówił Macron. Na tle wydarzeń w Warszawie jego słowa wybrzmiały niezwykle mocno.

Macron ma problemy. Euforia po jego wyborze opadła, sondaże są dla niego fatalne. Jeśli się nie odwrócą, przyszłoroczne wybory europejskie we Francji wygra skrajna prawica. Macron próbuje więc mobilizować wyborców, mówiąc o zagrożeniach dla zjednoczonej Europy. Przypomina, że to zwalczana przez populistów Unia Europejska gwarantuje kontynentowi pokój i stabilność. Jej wrogów nazywa po imieniu, wzywa do ataku. Ofensywna strategia Macrona to nowość. Do tej pory politycy traktowali Europę jako chłopca do bicia, ośmieszając ją i obwiniając o wszystkie niepowodzenia. Brukselscy biurokraci nie potrafili się przed tym bronić. Brexit jest konsekwencją tego procesu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej