Zacznę od refleksji osobistej. Kiedy przez lata walczyłam na pierwszej linii o prawo kobiet do przerywania ciąży, środowiska antyaborcyjne organizowały wielkie marsze przeciw aborcji. I choć głoszona przez nich ideologia jest fundamentalnie sprzeczna z moimi poglądami, nigdy nie przyszło mi do głowy, by domagać się delegalizacji tych marszów. Nawet wtedy, gdy wieziono na nich billboardy, na których moja twarz umieszczona była obok twarzy Hitlera. Było to niewątpliwie szerzenie antykobiecej ideologii i mowy nienawiści, jednak podczas tych marszów nie było przemocy. Mieściły się zatem w ramach dopuszczalnej prawem wolności słowa.

Marsze narodowców to jednak zupełnie coś innego. Ich celem nie jest korzystanie z wolności słowa. Ich celem jest podżeganie do nienawiści wobec innych, szerzenie treści powszechnie zakazanych, ale w Polsce tolerowanych (antysemityzm, rasizm i faszyzm) poprzez stosowanie przemocy, agresję i zadymy. Stosowania przemocy nie można usprawiedliwiać wolnością słowa. Przemoc trzeba nazywać przemocą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej