Jak na razie, z okazji stulecia niepodległości mamy bezsensowny jacht, kupiony za wielkie pieniądze przez Polską Fundację Narodową; mamy cokół na pl. Piłsudskiego pod jeden z kolejnych, tysięcznych już, pomników Lecha Kaczyńskiego, który jest raczej wyrazem smoleńskiej traumy panującego nam prezesa niż zasług jego brata. Mamy również samoloty z idiotycznym napisem „Dumni z niepodległej”, których załogi strajkują, bo są upokarzane przez pracodawców, dumnych ze swoich wielomilionowych premii.

Mamy potężny chaos wokół Święta Niepodległości, który zakończy się wielką zadymą chłopców-narodowców – dla klęczącej po kościołach władzy stanowią oni chyba jedyny symbol „wstawiania z kolan narodu”.

Mamy wreszcie kuriozalnego prezydenta, o którym nie wiadomo, czy pajacuje czy choruje, bo rola go nie tylko przerosła, ale zmiażdżyła.

No i mamy Polskę podzieloną na dwie bańki: jedną nacjonalistyczno-klerykalną, drugą liberalno-demokratyczną. Bańki mentalnie i komunikacyjnie nie stykają się ze sobą. Są nieprzejrzyste. Granice między nimi przebiegają wśród przyjaciół, w rodzinach, w miastach, wśród wartości; wolność dla jednych to przeciwieństwo wolności dla drugich, tak samo z godnością, pamięcią, dumą, winą i odpowiedzialnością. Najbardziej widać to w mediach, które hermetyczność obu baniek twórczo wzmacniają (laur zwycięstwa trzeba przyznać telewizji partii rządzącej: bańkowa propaganda jest tu niemal doskonała).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej