Jak wiadomo, Khashoggi – saudyjski emigrant polityczny, krytyk reżimu i współpracownik „Washington Post” – udał się w ubiegłym tygodniu do konsulatu saudyjskiego w Stambule, po czym nikt go już nie widział. Władze saudyjskie twierdzą, że opuścił placówkę bez problemów. Władze tureckie, jak wynika z informacji mediów – że został tam zabity przez specjalnie sprowadzoną ekipę morderców, a jego zwłoki poćwiartowano i wywieziono.

Żaden komentator nie napisał, że domniemana wersja turecka jest niewiarygodna. Nie dlatego nawet, że Ankara, która skazuje dziennikarzy na dożywocie i chwali się porwaniami za granicą około stu rzekomych przeciwników reżimu, zaś z Rijadem ma poważny konflikt polityczny, nie jest tu wiarygodnym oskarżycielem, ale przede wszystkim dlatego, że rządy nie zwabiają swych przeciwników politycznych do placówek dyplomatycznych, żeby ich tam mordować. No, może jeszcze, gdyby chodziło o Koreę Północną czy Gwineę Równikową... Ale Arabia Saudyjska? Sojusznik USA, partner UE, oaza stabilności na Bliskim Wschodzie? No, może gdyby chodziło o ściganego szefa terrorystów… Ale Khashoggi? Umiarkowany w poglądach dziennikarz w średnim wieku? To przecież nie jest możliwe.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej